ON JEST LEKARZEM

Powierz Panu swoją drogę, zaufaj Mu a On podejmie działanie. (Ps 37:5)nataszka

Zaraz po tym, jak wyszłam za jednego z najfajniejszych facetów na świecie, pomyśleliśmy o dziecku. Byliśmy młodzi, zakochani i do pełni szczęścia brakowało tylko małej pachnącej główki. Długo nie musieliśmy czekać. Zaszłam w ciążę od razu, jak tylko podjęliśmy starania. Jednak po kilku tygodniach ją straciliśmy. Nasze pierwsze dziecko… Lekarz stwierdził, że nie to nie wróży nam nic dobrego i raczej o dzieciach możemy zapomnieć.

Nasze serca pękły. Mieliśmy siebie, ale wciąż czegoś nam brakowało. Czułam się też gorsza, bo przecież co to za kobieta, która nie może urodzić dziecka. To ja byłam winna. Jednak wiedzieliśmy gdzieś w głębi serca, że jest Ktoś, kogo zdanie jest ponad tym, co mówią lekarze. Bóg przypomniał nam też prawdę zapisaną w Jego Słowie, w Psalmie 34:19: „Pan jest bliski tym, których serce jest złamane (..)” Przemówił do nas poprzez obietnicę z Psalmu 37:5: „Powierz Panu swoją drogę, zaufaj Mu a On podejmie działanie”. Dwa miesiące później poczułam się źle i poszłam do lekarza. Wcześniej zrobiłam test ciążowy, który dał pozytywny wynik. Pani doktor spojrzała na mnie i powiedziała, że to na pewno nie ciąża. Chciała dać tabletki, by organizm doszedł do siebie po przejściach. Nie zgodziłam się. Wiedziałam, że rozwija się we mnie nowe życie. To była taka pewność, której nie umiałam wytłumaczyć na ludzki sposób. Po kilku miesiącach urodziłam zdrowego, cudownego chłopca.

Kiedy nasz syn skończył dwa lata pomyśleliśmy o tym, że dobrze byłoby, gdyby miał rodzeństwo. Zaczęliśmy starania i znów długo nie musieliśmy czekać. Wtedy przyśniła mi się dziewczynka. Czułam, że będziemy mieli córkę. Znacie to? To, że na sto procent coś będzie tak, jak czujecie? Po kilku tygodniach wydarzyło się coś, co już dobrze znaliśmy – straciliśmy kolejne dziecko. Byłam zła i rozczarowana. Dlaczego to nas spotkało?! Wtedy mój mąż powiedział mi, że Bóg nas nie zostawi, że już raz pokazał przecież swoją wyższość nad lekarzami. „Zaufaj Mu a On podejmie działanie”. Ja nie umiałam w to wierzyć. Gdy w mojej głowie pojawiała się myśl: „Będziesz miała córkę”, karciłam się za to, że wmawiam sobie coś, co nie ma prawa się wydarzyć. Jednak ta myśl nie dawała mi spokoju: „Będziesz miała córkę”. Przyjęłam to. Zaufałam. Nie wiedząc do końca, czy to od Boga, czy może sama to sobie wymyśliłam. Po kilku tygodniach okazało się, że jestem w ciąży. Już się nie bałam. Wiedziałam, że to Jego dar dla nas. Dar życia. Bóg znów okazał swoją wielką łaskę. Dwa tygodnie temu urodziłam zdrową, śliczną, malutką dziewczynkę. To On decyduje. On jest lekarzem.

Natasza

ON JEST DROGĄ

Albowiem Ja wiem, jakie myśli mam o was – mówi Pan – myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją. Gdy będziecie Mnie wzywać i zanosić do Mnie modły, wysłucham was. A gdy Mnie będziecie szukać, znajdziecie Mnie. Gdy Mnie będziecie szukać całym swoim sercem, objawię się wam – mówi Pan – i odmienię wasz los… (Jer 29:11-14)

www kwadrat sławekBył 2011 rok. Mieliśmy kilkuletni staż małżeński, dwuletnią córkę i misję współtworzenia nowego kościoła. Nie byliśmy świadomi, że już niedługo coś może zachwiać naszym spokojem. Rok wcześniej przeprowadziliśmy się wraz ze znajomymi do Krakowa w celu otwarcia kościoła. To było w naszych sercach. Czuliśmy, że Bóg tego chce. Chce byśmy poszli jeszcze dalej. To wywoływało w nas coraz większą ekscytację.

Przeprowadzka wiązała się z koniecznością podjęcia wielu decyzji. Jedną z nich było otwarcie swojej firmy, po to, by zapewnić sobie utrzymanie, niezależność i swobodę. Wszystko wyglądało na takie proste i bezproblemowe. Tego się trzymałem. Kilka dni po zgłoszeniu swojej działalności wpadło pierwsze zlecenie. Radość była wielka, tym bardziej, że w tak dużym mieście potrzeba czasu, by wbić się na rynek. Byliśmy zadowoleni.

Realizowałem zlecenie a jednocześnie poświęcałem wraz z żoną dużo czasu kościołowi. Jednak po krótkim czasie, zleceniodawca okazał się nie do końca uczciwy. Nie wywiązywał się z płatności. To spowodowało, że zacząłem brać kolejne zlecenia wraz z zaliczkami, aby zapewnić sobie płynność finansową. O niczym nie wspominałem żonie, bo przecież chciałem ją chronić przed zmartwieniem. Dziś widzę, jakie to było głupie. Tymczasem popadłem w duże problemy finansowe. To spowodowało, że w niedługim czasie byliśmy zmuszeni zawiesić swoją służbę w kościele i wyjechać z miasta. Pozbyliśmy się praktycznie wszystkiego. O mało co nie rozpadło się nasze małżeństwo! Dla Moniki zderzenie z rzeczywistością było nagłe i bolesne. Jestem Jej wdzięczny za ogrom miłości i cierpliwości, mimo wielu ciężkich i pełnych łez dni!

Długo zajęło mi dojście do miejsca, w którym zrozumiałem, co spowodowało naszą sytuację. Bóg był przez ten cały czas tak blisko. Choć myślałem, że Jest daleko i już dawno nas przekreślił. Tymczasem On chronił nas, mimo, że tak wiele razy wygarniałem Mu, jaki to On nie jest. To właśnie On w momencie, gdy po raz kolejny powtarzałem ten sam błąd, zaczął obnażać we mnie wszystkie słabe punkty. W bardzo namacalny sposób pokazywał mi jakim jestem hipokrytą i pysznym człowiekiem. Pokazywał, jak łatwo było mi tolerować tzw. „małe kłamstewka”. Obnażył brak fundamentalnych wzorców w dziedzinie finansów. Robił to w niesamowitej miłości i wrażliwości.

Doszedłem do miejsca krzyża, gdzie Bóg totalnie mnie złamał. Zabrał wszystko co stare. Dał na nowo nadzieję, możliwości i mądrość. A przede wszystkim uwolnił od kłamstwa, pychy i hipokryzji. Uwolnił od kombinowania i pisania swoich scenariuszy.

Dziś, po kilku latach jesteśmy w nowym miejscu. Dzięki niesamowitemu Bogu jesteśmy szczęśliwym małżeństwem i rodzicami. Budujemy na nowo nasze życie, naszą historię, opartą na zaufaniu do Najwyższego, a nie do swoich możliwości. Opartą, na pojednaniu się z tymi, którym wyrządziłem jakąkolwiek krzywdę. Opartą na przyjmowaniu od Boga tego, co najlepsze!

„Panie, zbadałeś mnie i znasz. Sam wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję, rozumiesz moją myśl z daleka.(…) Ogarniasz mnie z tyłu i z przodu, i kładziesz na mnie swoją dłoń. (…) Ty sprawiłeś, że myślę i czuję, utkałeś mnie w łonie mej matki. (…) Na swym zwoju spisałeś me dni, zaplanowałeś je, zanim którykolwiek zaistniał. (…) Badaj mnie, Boże, i poznaj me serce, doświadcz – i poznaj rozterki. Zobacz, czy nie ma we mnie czegoś, co Cię rani, i prowadź drogą wypróbowaną od wieków.” (Ps 139:1-2, 5, 13, 16, 23-24)

Sławek

ON JEST MOJĄ WARTOŚCIĄ

Ponieważ jeśli ktoś znalazł się w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co stare, przeminęło – i nastało nowe. (2 Kor 5:17)

kwadrat magdaBezwartościowa, niekochana, nieakceptowana – tak się czułam, zanim poznałam Boga. Moje życie przepełniało poczucie bezsensu i braku nadziei. Pomimo tego, że jestem wierząca już jakiś czas, te myśli wciąż pojawiały się w mojej codzienności. Bolały mnie i chciałam, żeby w końcu ustąpiły. Jednak zaakceptowałam ich obecność, myśląc: „No cóż, Jezu, jaką mnie stworzyłeś – taką mnie masz”.

W pewnym momencie, w największym dole, największej beznadziei, gdy nawet trudno mi było wstać z łóżka, przeczytałam w Biblii: „A gdy naczynie, które robił ręcznie z gliny, nie udało się – wtedy zaczął z niej robić inne naczynie, jak garncarzowi wydawało się, że powinno być zrobione” (Jer 18:4, Biblia Warszawska). Nagle zrozumiałam, że od chwili, gdy oddałam moje życie Bogu, uwierzyłam w znaczenie śmierci Jezusa na krzyżu. On – jak ten garncarz – chce zbudować moje życie na nowo, jeśli Mu tylko pozwolę. To, jak o sobie myślałam, jak siebie oceniałam, przestało mnie określać i definiować dokładnie w momencie podjęcia decyzji pójścia za Jezusem. Od tamtej chwili to On mnie określa.

Moją definicją jest dzisiaj Jezus! W Jego oczach jestem idealnym stworzeniem, co nie oznacza, że bez wad i problemów. Mogę jednak powiedzieć, że dziś jestem nowa, w pełni wartościowa, kochana i akceptowana. Jest tak, ponieważ On zapłacił za mnie pełną cenę. Nie targował się, ale oddał swoje życie.

Magda

ON JEST RADOŚCIĄ

Lecz ci, co Tobie zaufali, cieszyć się będą nieprzerwanie. Ich radość swymi odgłosami pobrzmiewać będzie całe wieki! Ty im zapewnisz swą ochronę, a oni, w Twoim imieniu rozkochani, będą się wciąż radować w Tobie. (Ps 5:12)

kłosiaOdkąd pamiętam, moja rodzina chodziła do kościoła, rodzice wierzyli w Boga, a ja starałam się ich naśladować. Jako dziecko byłam raczej pogodna i gdy dorosłam to się nie zmieniło. Cieszyłam się życiem, czasem spędzanym z przyjaciółmi i tym, co zwykle sprawia radość młodym ludziom. Idąc na studia, zaczęłam bardzo angażować się w działania w kościele i to sprawiało mi największą satysfakcję i radość. Bóg pokazywał mi, że okazywanie innym miłości, którą otrzymałam od Niego, może mi dawać spełnienie. W tym się odnajdywałam.

 

Jednak w wieku 20 lat zachorowałam na dosyć poważną chorobę, którą współczesna medycyna uznaje za nieuleczalną. Człowiek chory na RZS budzi się codziennie z zesztywniałymi stawami, które bolą, puchną i uniemożliwiają spokojny sen. Z miesiąca na miesiąc czułam się coraz gorzej, często miałam problem z tym, by normalnie funkcjonować, ale nie chciałam martwić innych, czy wzbudzać litości. Dlatego w miarę możliwości żyłam tak jak dotychczas, a swoim problem dzieliłam się tylko z najbliższymi.

Tym, co często dziwiło osoby znające mój problem, a także mnie samą, było to, że nawet w ciężkie dni potrafiłam cieszyć się i uśmiechać. „Ta radość nie pochodzi ze mnie” – myślałam. Jestem w 100% przekonana, że wypływała od Boga. Pozwalał mi nie tylko przetrwać i nie poddać się, ale też być radosną. Ufałam Panu a On zsyłał radość, na którą sama z siebie często nie miałabym siły. Wiedziałam, że podczas choroby, muszę trwać przy Nim, bo tylko On będzie mógł mnie podtrzymywać przy życiu pełnym radości.

Każdego dnia czułam i nadal czuję Bożą ochronę i wsparcie. Często, podczas cięższych dni, „przypadkiem” natrafiałam na fragmenty z Biblii, które idealnie pasowały do danej sytuacji. Innym razem Bóg dawał mi nadzieję i pocieszenie przez słowa wypowiadane przez innych ludzi. Myślę, że właśnie w momentach naszej ludzkiej słabości najwyraźniej odczuwamy działanie Boga. Paweł wspomniał o tym w II liście do Koryntian 12:9: „Wystarczy ci moja łaska, słabość doskonali moc.” Gdy oddajemy Bogu panowanie nad naszą przyszłością, to On nie pozostaje głuchy na nasze potrzeby. Moje życie jest świadectwem, że to prawda.

Nadal odczuwam symptomy choroby, jednak mimo tego, co mówili lekarze, zaczyna ona ustępować. A mi nie pozostaje nic innego jak cieszyć się i opowiadać innym o Bożych cudach w moim życiu. On jest prawdziwym, żywym Bogiem, który nas ratuje i wlewa radość w serca, gdy tego najbardziej potrzebujemy.

Paulina

ON JEST SPOKOJEM

Wzywaj mnie w dniu niedoli, wybawię cię, a ty oddasz Mi cześć! (Ps 50:15) 

kwadrat olaa1Gdy podjęłam decyzję o opuszczeniu ukochanego kiedyś mężczyzny, myślałam, że zwariuję.

Partner był starszy, bardzo opiekuńczy – dopiero po długim czasie zaczęłam zauważać jego wady. Kompromisy nie wchodziły w grę. Choć wcześniej myślałam, że to przyszły ojciec moich dzieci, wiedziałam, że już więcej nie mogę tolerować jego zachowania. Wyprowadziłam się, a jednocześnie czekałam na jakiś gest z jego strony. Byłam gotowa od razu do niego wrócić. Jednak nic nie zrobił. To była bardzo przykra prawda, z którą musiałam się zmierzyć.

Przez cały ten trudny czas była przy mnie osoba, która okazywała mi niesamowite wsparcie.

Opowiadała mi o Jezusie, o tym, jak zmienia jej życie. Byłam pod wrażeniem, a nawet jej zazdrościłam. Jednak nie wiedziałam, jak mogłabym zbliżyć się do Boga. Czułam, że nawet jeśli będę się do Niego modlić, to nic nie da. Jak niby mogłoby się cokolwiek wydarzyć?

Po kilku przepłakanych miesiącach, powoli zbierałam się w garść. Starałam się wypełniać sobie dni, radziłam sobie na uczelni i wszystko zaczęło się jakoś układać.

Nagle pewnego wieczoru znowu wpadłam w szloch i rozpacz po stracie kogoś, z kim przecież w myślach ułożyłam sobie już całe życie. Poczułam, że nie dam już dłużej rady. To był kres mojej wytrzymałości. Myślałam, że zaraz rozpadnę się na kawałki. W tej bezsilności pomodliłam się do Pana Boga, żeby uwolnił moje myśli od tego człowieka, zabrał mi płacz i pozwolił zasnąć. Nic więcej nie mogłam zrobić. I wtedy stało się coś dziwnego…

Dobrze wiedziałam, co powinno być dalej. Zazwyczaj płakałam przez godzinę, a przez kolejną próbowałam się wyciszyć. Lecz teraz uspokoiłam się w jednej chwili. Z reguły moje oczy puchły tak mocno, że musiałam potem robić kompresy z herbaty. Tym razem momentalnie łzy przestały płynąć. Byłam pewna, że będę potrzebowała jeszcze dużo czasu, żeby usnąć, tymczasem niespodziewanie odczułam spokój i od razu zasnęłam. Czułam się jakbym obserwowała to, co dzieje się z moim ciałem. Potem miałam sen. Bohaterami byliśmy ja i były partner. Właśnie się rozstawaliśmy, ale byliśmy uśmiechnięci, kulturalni i żartowaliśmy. Tego pożegnania w prawdziwym życiu nigdy nie było! Gdy sen się skończył, otworzyłam oczy, byłam zupełnie świadoma i pewna, że to było od Boga.

Jak to się stało? Dlaczego usnęłam jak dziecko mimo tak nerwowej sytuacji? Dlaczego moje ciało zachowało się kompletnie inaczej niż zwykle? I do tego ten sen. Dostałam znak od Boga. Tylko dla mnie. Nie było w co wątpić. Bóg pokazał, że jest przy mnie i że mnie słucha. Dostałam od Niego realną odpowiedź na moją prośbę. Dziś staram się pielęgnować to wspomnienie. Jest ono dla mnie zachętą, by rozmawiać z Bogiem i wyczekiwać Jego odpowiedzi.

Ola

ON JEST DROGĄ WYJŚCIA

Bo wszyscy, których prowadzi Duch Boży, są dziećmi Boga. (Rz 8:14)

www kwadrat tomekKtóregoś dnia siedziałem w kościele i – szczerze przyznam – trochę się nudziłem. Przyglądałem się obrazom drogi krzyżowej na ścianach i myślałem o tym, jak często Jezus jest właśnie takim obrazkiem na ścianie. Sam przez większość mojego życia trzymałem Go w pudełku z napisem „religia”, które leżało sobie gdzieś z tyłu. Tego dnia przyszła do mnie myśl, że nie chcę już więcej takiego Jezusa, który jest tylko obrazkiem na ścianie i jeśli Bóg istnieje to chcę Go doświadczyć i chcę, żeby naprawdę był obecny w moim życiu.

Jakiś czas później byłem na wystawie. Zawsze interesowała mnie sztuka. Chodziłem wśród wiszących prac i byłem pod wrażeniem. Imponował mi warsztat, wykonanie, przekaz. Im dłużej je oglądałem, tym wyraźniej – gdzieś na dnie mojego serca – zacząłem odczuwać pewien dysonans. Poczułem się strasznie mały wobec tego, co mnie otaczało. Wobec tej sztuki, tych ludzi i tej przestrzeni. Gdzieś z tyłu głowy narastała fala pytań, która zalała moją głowę. Czy jestem w stanie stworzyć coś podobnie wielkiego? Czy to, co jestem w stanie stworzyć, ma jakieś znaczenie dla tego, kim tak naprawdę jestem i jaka jest moja wartość?

Kilka godzin później usiadłem i wylałem wszystkie te myśli na papier. Zacząłem się modlić i nagle zrozumiałem najbardziej kluczową rzecz. To, że Bóg mnie kocha. To, że święty Paweł nie żartował pisząc: „Bo wszyscy, których prowadzi Duch Boży, są dziećmi Boga.” (Rz 8:14). To, że kocha mnie tak, jak ojciec – ze względu na to, kim jestem, a nie ze względu na to, co osiągnąłem, co myślą o mnie inni ludzie, jak bardzo „cool” jestem, czy co jestem w stanie zrobić. Zrozumiałem, że moja wartość wynika wyłącznie z tego, że jestem Jego dzieckiem i nie muszę niczego więcej udowadniać. Mimo, że dzień nie należał do najłatwiejszych, poszedłem spać z poczuciem wolności i radości wynikającej z tego, że do Boga mogę powiedzieć: „Dziękuję Tato”.

Wiele razy, w sytuacjach, gdy w moim sercu pojawiają się istotne pytania, trudne tematy, wyzwania czy negatywne emocje, zanoszę je do Niego. Nie kładę ich na obrazku w kościele, nie wkładam ich do pudełka z napisem „Jezus”. On jest żywą osobą – nie pudełkiem. Skoro zaprosiłem Go do swojego życia, mogę Go poprosić, aby dał mi swoją perspektywę i by stał się drogą wyjścia z danej sytuacji. I On to robi – przychodzi z odpowiedzią. Wlewa cichy spokój, miłość, wiarę, zaufanie i radość bycia w Jego obecności. On jest moją drogą wyjścia.

Tomek

ON JEST WART WSZYSTKIEGO

Bo gdzie jest twój skarb – tam będzie i twoje serce. (Mt 6:21)

kwadrat basiaPrzez całe dorosłe życie, pieniądze miały dla mnie duże znaczenie. Wszystko, co posiadałam, musiało być najlepsze, najdroższe, z wysokiej półki. Dobre buty, futro czy biżuteria określały kim jestem. Byłam z tego taka dumna. Cena za mój luksus była wysoka. Prowadziłam lombard, zajmowałam się złotem, mieszkaniami, antykami. Niby zawód, jak każdy inny – ale często zarobione pieniądze spływały ludzkimi łzami.

Przyszedł czas, gdy Pan Bóg pochylił się nade mną, a wtedy to, co robiłam i co napawało mnie taką dumą, zaczęło uwierać. Moja dusza była rozdarta i krzyczała o pomoc. Nie radziłam sobie z emocjami. „Panie, kto zamieszka w Twoim namiocie? (…) Ten, kto (…) nie pożycza po lichwiarsku” (Ps 15:1-2,5) „Nie jesteście w stanie służyć Bogu i pieniądzom” (Mt 6:24), – wiedziałam, że Panu Bogu nie podoba się to, co robię. Jednocześnie doświadczałam od Niego tyle dobroci. To była walka. Nieprzyjaciel regularnie atakował mnie lękiem o byt i zaopatrzenie. Wiedziałam, że powinnam zamknąć firmę, ale strach, że nie będę miała z czego żyć, odbierał mi siły do podjęcia tej decyzji.

Modliłam się, płakałam, i wtedy – pamiętam ten wieczór – Pan Bóg dał mi obietnicę, żebym się nie bała, że On mnie przeprowadzi i pokaże lepsze życie. Tylko z Nim, niczego mi nie zabraknie.

Biblia stała się moim drogowskazem. ,,Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie. Tam ani mól, ani rdza nie niszczą. Tam też złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb – tam będzie i twoje serce (…). Nikt nie może być sługą dwóch panów (…).” (Mt 6:19-21, 24)

Po 20 latach pracy w lombardzie, mając 50 lat, podjęłam decyzję: zamykam firmę i ufam Bogu. Wszystko potoczyło się szybko. Jednak nie było łatwo. Podjęcie pracy w moim wieku graniczyło z cudem. Ale Bóg dotrzymał obietnicy. Jakiś czas przed zamknięciem firmy, pastor poprosił żebym gotowała dla ludzi w kościele. Gotowanie – właściwie karmienie – jest moją pasją. Kocham dzieci, kocham przebywać z ludźmi, a gotowanie dla nich sprawia mi niesamowitą przyjemność. Teraz robię to regularnie. Przygotowuję niedzielne obiady, gotuję dla bliskich, marzę o szkole dla młodych kobiet lub niewielkim bistro. Niczego mi nie brakuje. I może nie mam już wszystkiego z górnej półki, może nie taki płaszcz, ale na pewno mam coś wyjątkowego – miłość ludzi, wdzięczność, radość, spokój i to, co dla mnie najcenniejsze – mam Boga w sercu i w moim życiu. On zadbał o mnie jak nikt. „Dlatego mówię wam: Przestańcie martwić się o życie, o to, co zjeść lub wypić; a także o ciało, o to, w co się ubrać.” (Mt 6:25)

Basia

 

ON JEST ŻYCIEM

Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby nawet umarł – żyć będzie. A każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Czy wierzysz w to? (J 11:25-26)

www kwadrat ninaPoraniona po rozstaniu z wielką miłością, postanowiłam zakończyć swoje życie… Poszłam do pracy. Wkrótce nie widziałam poza nią świata. Rok później miałam 20 lat, zero marzeń i jedyne, chore pragnienie, by zrobić karierę. Kończyłam studia a jednocześnie pięłam się po szczeblach – podobnie jak sporo starszy on. Wywiązał się romans. Po dwóch latach powiedziałam: „tak” a nawet zgodziłam się na kościelny ślub, choć nie wierzyłam w Boga. Oświadczyłam też mojemu przyszłemu mężowi, że na pewno nie chcę żadnych dzieci.

Gdy już mieliśmy obrączki,
na pierwszym miejscu była praca a w perspektywie koniec tygodnia i imprezowanie. Późne kolacje, zasypianie przed telewizorem i pustka a wkrótce brak czasu nawet na płytkie, knajpiane relacje. Mijając się w pośpiechu przetrwaliśmy 7 lat. Marazm przerwał wypadek samochodowy, po którym leżąc jak warzywo obok męża, usłyszałam: „Pewnie komuś zależało, żebyśmy przeżyli”. „Komu? Czyżby mówił o Bogu?” – tyle refleksji. Wróciłam do szaleńczej pracy.

„Będziemy mieć dziecko” – oświadczyłam pewnego poranka. Ale nie chciałam go, bo przecież kariera… Poroniłam z przepracowania. Rok później moją koleżankę wywieźli z firmy na sygnale. Wystarczyło – złożyłam wypowiedzenie i ze zdziwieniem zauważyłam, że życie nie składa się wyłącznie z pracy. Trafiliśmy na koncert i tam poznaliśmy ludzi, którzy mówili o Jezusie. Zaczęli nas odwiedzać, a ja byłam pod wrażeniem ich Boga. Wkrótce stał się i moim. I wszystko zaczęło się zmieniać

„Kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo” (Wj 30:19, Biblia Tysiąclecia) Wybrałam. Postawiłam na Niego i On momentalnie zmienił moje myślenie na temat posiadania dzieci. Jeszcze zanim podjęłam decyzję o wyznaniu mojej wiary w chrzcie, postaraliśmy się o pierwsze. Życie wdarło się do naszego małżeństwa usuwając śmierć. Dziś mamy troje dzieci. A właściwie czworo. W pewnym momencie Bóg pokazał mi, że nasze pierwsze dziecko – to które zapłaciło śmiercią za moje pragnienie robienia kariery – żyje i jest z Nim. Kiedyś się spotkamy.

Nina

ON JEST MIŁOŚCIĄ

Ja wam natomiast mówię: Kochajcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. (Mt 5:44)

www kwadrat ula
Siedząc w małej indyjskiej restauracji, do której wybrałam się z okazji walentynek z moim tatą, jego żoną i drugą córką, poczułam bardzo wyraźnie, jak Bóg mówi do mnie właśnie przez ten werset. Siedzieliśmy w bardzo niezręcznej ciszy, bo żona taty obraziła się z powodu tego, że również zostałam zaproszona.

Za każdym razem, gdy spotykam się z moim tatą, czuję ten sam brak akceptacji i atakuje mnie poczucie winy z powodu tego, że w ogóle jestem. Nieważne jak bardzo będę się starać, nigdy nie będę częścią jego rodziny.

Jednak, gdy siedzę z nimi – z tym poczuciem, że może byłoby lepiej, gdyby mnie nie było – czuję, jak w moim sercu rozlewa się miłość do tych, którzy mnie nie kochają. I słyszę, jak Bóg zaczyna mówić do mnie o tym, jak ich widzi i jakie ma dla nich plany. Dostrzegam jak On używa mnie przez różne sytuacje, w których mogę w praktyczny sposób służyć im i okazywać im Bożą miłość. Kiedy przestaję myśleć o sobie i skupiam się na moim Ojcu, wtedy On pozwala mi patrzeć z Jego perspektywy i wszystko się zmienia. Bo nie chodzi o nas – o mnie – tylko o Niego.

Ula

ON JEST WIERNY


Dotychczas nie spotkała was próba przekraczająca siły ludzkie. Bóg jest wierny. On nie dopuści, aby was doświadczano ponad wasze siły. W czasie próby wskaże wam wyjście, abyście mogli ją znieść. (1Kor 10:13)

www kwadrat fifiNie da się opisać słowami radości, gdy w małżeństwie pojawia się nowe życie. Życie, które na początku jest tylko marzeniem dwojga ludzi, a potem pojawia się jako mała kropka na zdjęciu USG. Kilkutygodniowe stworzenie, które niewiele różni się od pestki jakiegoś owocu, a ma już serce, które bije swoim własnym rytmem. I wtedy pojawiają się pytania. Chłopiec, czy dziewczynka? Jakie będzie? Do kogo podobne? Jak bardzo zmieni się nasze dotychczasowe życie? Czy urodzi się zdrowe?

W trzecim miesiącu ciąży przeprowadza się obligatoryjnie badania. Wynik prawidłowy wyklucza jakiekolwiek upośledzenia i choroby genetyczne. Wynik negatywny oznacza skierowanie na badania genetyczne. Tego dnia wchodząc do lekarza, byliśmy pewni jednego – modliliśmy się o to dziecko, pościliśmy i otrzymaliśmy od Boga obietnicę, że urodzi się zdrowe. Wychodząc z gabinetu, ciągle echem odbijały się te same obietnice. Echem, bo najgłośniej brzmiał głos samego lekarza: „Nie wszystko jest dobrze, nie ma wykształconej kości nosowej, trzeba robić badania genetyczne – możliwe, że również kolejne. Jest podejrzenie, że państwa dziecko będzie upośledzone”.

Dwa tygodnie czekania na wyniki, to dwa tygodnie modlitw, postu, rozmów z bliskimi. Gdy wracamy pamięcią do tych dni, przypominamy sobie zaangażowanie całego kościoła, rodziny i przyjaciół w wołanie do Boga o to małe, nowe stworzenie. Jednak badania genetyczne tylko potwierdziły wcześniejszą diagnozę. Obietnice, które Bóg tak licznie potwierdzał, przeciwnik próbował zagłuszyć jedną złą informacją, powtarzaną w naszych głowach na setki różnych sposobów. Ale my postanowiliśmy żyć obietnicami, a nie kłamstwami.

Kolejne tygodnie to duchowa walka pomiędzy poddaniem się wątpliwościom, a codziennym trwaniem przy Bogu i w Jego Słowie. Naszym „hymnem” stał się fragment Psalmu 139: „Ty sprawiłeś, że myślę i czuję, utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję. Dopracowałeś mnie w każdym szczególe. Cudowne są Twoje dzieła – i duszę moją znasz dokładnie. Żadna moja kość nie uszła Twej uwadze, choć powstawałem w ukryciu, tkany w głębinach ziemi. Twoje oczy oglądały mnie w łonie, na swym zwoju spisałeś me dni, zaplanowałeś je, zanim którykolwiek zaistniał”.

Gdy po dwóch tygodniach postanowiliśmy powtórzyć badania, wynik był dla nas największą radością i potwierdzeniem Bożej wierności i niezmienności. Kość, której nie było, jest! Dziecko, na tym etapie ciąży ma bardzo sztywno określone ramy rozwoju. Usłyszeliśmy, że pewnie trzeba będzie powtórzyć któreś z badań, bo z medycznego punktu widzenia to niemożliwe, aby dziecko w ciągu 2 tygodni rozwinęło się tyle co nasze – o 4 tygodnie! Gdzieś musiała nastąpić pomyłka.

Ale my wiemy: to nie pomyłka – to cud. Boży cud, który dziś ma na imię Natan.

Filip